Taka internetowa akcja:

Mama opisuje problem z Dzieckiem, pyta, co może zrobić. Inne Mamy w komentarzach doradzają: “udaj się do takiego specjalisty, do takiego, u nas też tak było i taka terapia nam pomogła” i tak dalej. Cieszę się z takiego podejścia, bo nie ma diagnozowania przez Internet, nie ma bagatelizowania. Czytam sobie dalej i trafiam na niezły kwiatek, który brzmiał mniej więcej tak:

“Wy to byście pewnie chciały, żeby dwulatek recytował ‘Pana Tadeusza’ i studia kończył. I jeszcze ci specjaliści. Teraz zrobiła się jakaś moda na różne terapie i każdy wszędzie musi chodzić. Daj dziecku spokój, niech się rozwija w swoim tempie”.

Zdębiałam. Moda na BLW, moda na pieluchy wielorazowe, moda na rodzicielstwo bliskości, moda na inne, różne metody wychowawcze i postępowania z dziećmi. Można to ewentualnie tak nazwać, chociaż i tutaj byłabym daleka od takiego postawienia sprawy. Ale moda na terapię??

Mogę mówić o swojej działce, o terapii logopedycznej. Zawsze się staram, żeby zajęcia były urozmaicone, żeby jak najwięcej działań było zabawą, ale i tak jest to dla Dziecka przede wszystkim żmudna praca. Żeby dobrze opanować głoskę, żeby weszła do mowy spontanicznej Dziecka, trzeba ją powtórzyć kilkaset razy w różnych kombinacjach, czasami więcej. Trzeba myśleć o ułożeniu języka, trzeba opanować precyzyjne jego ruchy, trzeba nabyć świadomość tych ruchów. To nie jest prosta sprawa. W przypadku, gdy zaburzony jest słuch fonematyczny, Dziecko ma do wykonania jeszcze większą liczbę ćwiczeń. To naprawdę nie jest łatwa praca. W przypadku innych deficytów terapie też są dostosowywane do Dzieci, ale to i tak jest ciężka praca.

I pytam teraz – który Rodzic w imię “mody” skazywałby swoje Dziecko na ciężką, systematyczną pracę? Który Rodzic dla bycia “modnym” jeździłby po mieście (a czasem i do innego miasta) w poszukiwaniu specjalisty, a potem by regularnie brać udział w zajęciach? Ja nie, a dla Dziecka jestem w stanie wiele zrobić i poświęcić.

To, co obserwuję i co tamta pani nazwała modą, widzę jako wzrost świadomości i łatwiejszą dostępność do różnego rodzaju specjalistów. I nie chodzi mi tylko o świadomość Rodziców. Bardziej świadomi są też Nauczyciele, którzy potrafią podsunąć Rodzicowi pomysł, do kogo się udać w przypadku trudności zauważonych u Dziecka. Widzę, chociaż tutaj jakoś wolniej to idzie, wzrost świadomości lekarzy – coraz częściej słyszę, że Maluch dostał skierowanie do logopedy od pediatry (nie wymuszone przez Rodzica). Poza tym ciągły rozwój w pewnych dziedzinach, szukanie przyczyn, metod pomocy też przyczynia się do tego, że więcej możemy dla Dziecka zrobić. Jeszcze dwadzieścia lat temu nie słyszałam o wielu różnych możliwościach, które teraz są albo ogólnodostępne, albo wchodzą na nasz rynek i za jakieś pięć lat już każdy będzie miał do nich dostęp.Taka na przykład terapia SI, o której nikt na studiach nawet nie wspomniał (15 lat temu), jest teraz z powodzeniem stosowana i w większych miastach można już spokojnie znaleźć specjalistę z tego zakresu.

Z drugiej strony, patrząc na to trochę przewrotnie i z przymrużeniem oka – cieszę się z takiej “mody”. Kiedyś Dziecko z problemami mogło liczyć co najwyżej na łatkę lenia, a klasa traktowała go jako mniej zdolnego lub wręcz opóźnionego w rozwoju. Teraz może liczyć na pomoc. Kiedyś była ona powodem do wstydu, a teraz… jest modna.

A jakie są Wasze odczucia? Spotkaliście się kiedyś z takim postawieniem sprawy?